Chopin's letters Chopin's letters

Do Rodziny w Warszawie

[Szafarnia], dn. 26 Sierpnia 1825

Sender: Fryderyk Chopin (Szafarnia)

Addressee: Chopin Mikołaj (Warszawa)


Najukochańsi Rodzice! Zdrów jestem, pigułki zażywam, ale już ich niewiele mam, myślę o domu i przykro mi, że będę musiał całe te wakacje obejść się bez widzenia najdroższych mi osób, często jednak zastanawiając się, iż później nie na miesiąc, lecz dłuższy z domu wyjechać mi przyjdzie, uważam ten czas za preludium do przyszłego. Jest to preludium umysłowe, albowiem muzyczne na samym odjeździe odśpiewać muszę. Podobno i tu, w Szafarni, kuranta zaśpiewam, gdy ją opuszczać będę, może już jej tak prędko więcej nie zobaczę, bo nie mam tej nadziei [...] co przeszłego roku. Ale porzuciwszy owe sentymenta, którymi jestem w stanie całą zapisać stronę, wróćmy do onegdaj, wczoraj i dzisiaj. Najzabawniejsze onegdaj, może nawet ze wszystkich dni pobytu mego w Szafami, dwa ważne obejmuje zdarzenia. Primo: że panna Ludwika wróciła zdrowo z Obrowa w assystencji samej pani Bożewskiej z panną Teklą Bożewską, po wtóre, iż tego samego dnia okrężne dwóch wsi się odbyło. Siedzieliśmy przy kolacji, ostatnią dojadali potrawę, gdy z daleka dały się usłyszeć chóry fałszywych dyskantów, już to z bab przez nosy [...] gęgających, już też z dziewczyn o pół tonu wyżej większą połową gęby niemiłosiernie piszczących złożone, z akompaniamentem jednych skrzypków, i to o trzech stronach, które za każdą prześpiewaną strofą altowym, z tyłu, odzywały się głosem. Porzuciwszy kompanię wstaliśmy z Domusiem od stołu; wybiegliśmy na podwórze, gdzie cały tłum wolnym postępując krokiem, coraz bardziej do domu się zbliżał. JPanna Agnieszka Guzowska i JPanna Agnieszka Turowska-Bąkiewna (sic) pompatycznie z wieńcami na głowach przewodniczyły żniwiarkom, prowadzone od dwóch mężatek, JPani Jaśkowej i Maćkowej, z pęczkami w rękach. Stanąwszy w takiej kolumnie przed samym dworem odśpiewali wszystkie strofy, w których to każdemu łatkę przypinają, a między innymi dwie następujące strofy na mnie: Przede dworem [...] zielony kierz, Nasz warszawiak chudy kieby pies. Na stodole stoją jętki, Nasz warszawiak bardzo prędki. Z początku nie wiedziałem, czy to na mnie, później jednak, gdy mi Jaśkowa całą dyktowała piosneczkę, mówiła, gdy przyszło do tych dwóch strof, że „teraz na pana". Domyśliłem się, że owa druga strofa jest konceptem dziewki, którą na kilka godzin przedtem na polu z powrósłem goniłem [...] Odśpiewawszy więc ową kantatę, idą z wieńcami dwie panny wyżej wymienione do dworu do pana, tymczasem dwóch parobków z kubłami wody nieczystej, przy drzwiach w sieni na nie czatujących, tak ślicznie obiedwie panny Agnieszki [...] przywitali, iż każdej z nosa kapało, a w sieni struga się zrobiła; złożono wieńce i pęczki, a Fryc jak utnie dobrzyńskiego na skrzypkach, tak wszyscy na dziedzińcu w taniec. Piękna noc była, księżyc i gwiazdy świeciały, jednakże musiano wynieść dwie świece, już to dla traktującego wódką ekonoma, już też dla Fryca, który choć o 3-ch stronach, tak rzępolił, jakby drugi o 4-ch nie potrafił. Zaczęły się skoki, walec i obertas, aby jednak zachęcić stojących cicho i tylko na miejscu podrygujących parobków, poszedłem w pierwszą parę walca z panną Teklą, na koniec z panią Dziewanowską. Później tak się wszyscy rozochocili, że do upadłego na dziedzińcu wywijali; słusznie mówię, że do upadłego, bo kilka par upadło, gdy pierwsza bosą nogą o kamyk zawadziła. Już była prawie 11-nasta, gdy Frycowa basetlę przynosi, gorszą od skrzypcy, o jednej tylko stronie. Dorwawszy się zakurzonego smyka jak zacznę bassować, takiem tęgo dudlił, że się wszyscy zlecieli patrzeć na dwóch Fryców, jednego śpiący na skrzypkach, drugiego na jednostronnej, monokordycznej, zakurzonej [...] rzępolącego basetli, gdy wtem panna Ludwika „mus" zawołała; trzeba było więc wrócić, dobranoc powiedzieć i pójść spać. Cała więc kompania się rozeszła i do karczmy z podwórza na zabawę; gdzie czyli długo się bawiono, czyli źle, czy dobrze, nie wiem, bom się o to jeszcze nie pytał. Bardzom był wesół tego wieczora, a kontent niezmiernie z dwóch wydarzonych okoliczności. Strony 4- tej nie było; cóż więc robić? skąd jej wziąść?... Idę ja na podwórze, a tu pan Leon i Wojtek, z niskimi, o wystaranie się strony proszą; dostałem więc 9 nitek od pani Dziew.; dałem im, ukręcili sobie stronę, lecz na nieszczęście los chciał, aby o trzech stronach tańcowali, bo co tylko nową ukręcili, juści kwinta pęka, której miejsce świeżo ukręcona zastąpić musiała. Po wtóre, panna Tekla Borzewska dwa razy ze mną tańcowała; wielem z nią rozmawiał podług zwyczaju, nazwano mnie więc jej kochankiem i narzeczonym, dopiero któryś tam drugi chłop wyprowadził z błędu i już później znano nawet moje imię, a krawczyk, gdym z panią Dziewanowską w pierwszą chciał tańczyć parę, odezwał się: teraz pan Szopę z Imością. Obiecałem przysłać, w dzisiejszym liście, JPannę Mariannę Kuropatwiankę, siostrę sławnej Werony Kuropatwianki, która wielką bitwę wczoraj z panią Kaszubiną grabiami, po łbie i po pucułowatej buzi, stoczyła; szczęściem niewiele ta batalia szkody narobiła, albowiem tylko Mme Cachubina cierpiała trochę na głowę, a Mile Pedrix ę mai de Ne[1] [...] który zniósł mimowolnie ę ku drato[2]. Posyłam więc ów estamp[3] trafiony jak rzadko. Mechanika dzisiaj się popsuła, ale podobieństwo zostało. Nie przypisuję ja to sobie tego podobieństwa, jako malarz zaślepiony w wielkości dzieła swego, i owszem, zdawało mi się z początku, żem jej nie trafił, gdy wtem Jaś przechodząc przez pokój, spojrzawszy na obraz, którym malował, „a dyć to dycht a dycht Kuropatwionka", wykrzyknął. Na zdanie takiego konessera, na potwierdzenie pani Franeckiej, jako też i dziewek kuchennych, musiałem uwierzyć, że zupełnie podobna. Jutro rano jedziemy do Turzna i nie mamy wrócić aż dopiero w środę, wątpię więc, abym na środową pocztę list napisał, za tydzień dopiero listu niech się Ludwika spodziewa. Walca żadnego nie posyłam, ale za to list żydowski pana Hyrza z Gołubia do pana Józefata pisany, który znając moją głęboką żydowską erudycją, ten manuskrypt w podarunku przysłał. Jest on lepiej napisany niż ten, com panu Woycickiemu przeszłą razą posłał, ale też jest i niezrozumialszy. Dla ułatwienia zrozumienia podseriptum manuskryptu donoszę, iż Nakazye ma znaczyć okazja. Długom się męczył, co by to za nakazye była, aż nareszcie zajrzawszy do mego dykcjonarza, wyprowadziwszy etymologią doszedłem, że to ma być okazja. Proszę o zachowanie i nienaruszenie tak drogiego skarbu. — Białobłockiegom nie widział ani też Wybran. Zostałem od wczoraj tutejszym Krystyanim i już most stawiać zacząłem. Jeżdżę prawie co dzień na wozie. Książki śpią, bo piękna pogoda. Moschel w robocie. Ośm kąpieli wziąłem, ostatnio już prawie z samego wywaru. Wszystkie dzieci ściskam serdecznie. Mamie i Papie nóżki i rączki serdecznie całuję najprzywiązańszy syn F. Chopin. Panu Woycickiemu posyłam kilka słów duńskich, np. Kobler [...] obraz, axbil dinger opisanie, Kiobenhawn Kopenhaga. Panu Żywn., panu Ba... Lub... Ju... Colb., Matusz., Now., C... itd., itd. moje całusy, pani Dibert [Dekert?], pannie Leszczyńskiej itd. wszystkim...


[1] Mile... dene (właśc: Mile Pedrix un mai de nez) — Pannę Kuropatwę boli nos.
[2] ku drato (właśc: un coup de r'teau) — uderzenie grabiami.
[3] Estamp (właśc: estampe) — sztych, rycina.
Sender Addressee