[W drugie święto, 26 grudnia 1830]
Sender: Fryderyk Chopin (Wiedeń)
Addressee: Matuszyński Jan (Warszawa)
Wiedeń. Dzień Bożego Narodzenia. Niedziela rano. Przeszłego roku o tym czasie byłem u Bernardynów. Dzisiaj w szlafroku sam jeden siedzę, pierścionek gryzę i piszę. [W drugie święto, 26 grudnia 1830] Najukochańszy Jasiu. Właśnie wracałem od Slavika (sławnego skrzypka, z którym się zaprzyjaźniłem; po Paganinim nic podobnego nie słyszałem — 96 nut staccato bierze na jeden smyczek itd. nie do uwierzenia), u niego powziąłem myśl, wróciwszy do domu, tęsknić sobie po fortepianie i wypłakać adagio do Wariacyj na temat Beethovena, które z nim razem piszemy, ale krok jeden na pocztę, której nigdy przechodząc nie opuszczam, inny nadał kierunek czuciu. Łzy, co na klawisze padać miały, Twój list zrosiły; spragniony pisma Twego byłem. Wiesz czemu? Już wiesz. Ale nie tylko dla mego anioła pokoju, bo jak go kocham, gdybym mógł, wszystkie bym tony poruszył, jakie by mi tylko ślepe, wściekłe, rozjuszone nasłało czucie, aby choć w części odgadnąć te pieśni, których rozbite echa gdzieś jeszcze po brzegach Dunaju błądzą, co wojsko Jana śpiewało. Każesz mi wybierać poetę? Wiesz, żem istota najniezdecydowańsza w świecie, i raz tylko w życiu dobrze wybrać umiałem. Mój Boże, i ona, i siostry choć szarpiami mogą się przysłużyć, a ja... Gdyby nie to, że ojcu może teraz ciężar, natychmiast bym powrócił. Przeklinam chwilę wyjazdu i przyznaj, znając moje stosunki, że po odjeździe Tytusa za wiele razem na głowę mi spadło. Wszystkie obiady, wieczory, koncerta, tańce, których mam po uszy, nudzą mię: tak mi tu smętno, głucho, ponuro. Lubię ja to, ale nie w tak okrutny sposób. Nie mogę czynić, jak mi się podoba, muszę się stroić, fryzować, chossować[1]; w salonie udaję spokojnego, a wróciwszy piorunuję po fortepianie. Z nikim poufałości, ze wszystkimi grzecznie obchodzić się muszę. Mam ludzi, co mię niby lubią, co mię malują, mizdrzą się, przymilają, i cóż mi po tym, kiedy pokoju nie mam — chyba, jak sobie wszystkie wasze wydobędę listy, otworzę widok króla Zyg[munta]: na pierścionek spojrzę. Daruj, Jasiu, że Ci się tak skarżę, ale zdaje mi się, że mi lżej połowę, żem spokojniejszy; z Tobą ja zawsze uczucia dzieliłem. Odebrałeś kartkę? Pewno sobie nic z mojego pisma nie robisz, boś w domu; ale ja czytam i czytam list Twój bez końca. Freyer był u mnie parę razy (choć ja u niego ani razu być jeszcze nie mogłem); dowiedział się od Schucha, że jestem w Wiedniu. Stoi razem z Rostkowskim (zdaje mi się, że tak się zowie ten od rządu wysłany młody człowiek, co z Rolińskim miał proces). Opowiadał mi mnóstwo interesujących szczegółów z ostatnich czasów, cieszył się z Twego listu, który mu aż do pewnego periodu do czytania dałem. Ten pewny period zasmucił mię mocno. Czy doprawdy choć trochę zmiany? Czy nie chorowano? Przypuściłbym łatwo coś podobnego na takim czułym stworzeniu. Czy ci się nie zdawało? Może przestrach 29-go? Bo niechaj Bóg broni mojej przyczyny. Uspokój, powiedz, że póki sił starczy... że do śmierci... że po śmierci jeszcze mój popiół będzie się słał pod nogi. Ale to wszystko mało, co byś Ty mógł powiedzieć... ja napiszę. Już bym był dawno napisał, nie męczyłbym się tak długo; ale ludzie! — gdyby przypadkiem w cudze ręce wpadło, jej sławie szkodzić by mogło, więc lepiej Ty bądź moim tłomaczem, mów za mnie, et j'en conviendrai[2]. Te twoje francuskie wyrazy mię dobiły. — Niemiec, co szedł ze mną przez ulicę, kiedym list twój odczytywał, ledwo mię pod pachą utrzymał i nie mógł się wcale pomiarkować, co mi się stało. Miałem ochotę wszystkich przechodzących łapać i całować, i tak mi było w duszy, jak jeszcze nigdy, bo to pierwszy list od Ciebie! Nudzę Cię, Jasiu, głupim szałem moim, ale mi trudno ocknąć, żeby Ci coś obojętnego napisać... Onegdaj byłem na obiedzie u jednej damy, Polki, nazwiskiem Bayer, imieniem Constance. Lubię tam bywać przez reminiscencją; wszystkie nuty, chustki od nosa, serwety znaczone jej imieniem; zresztą ze Slavikiem tam razem chodzimy, do którego ona coś cierpi. Onegdaj graliśmy całe przed i poobiedzie, a ponieważ to była Wigilia i piękny (wyraźnie wiosenny) czas, więceśmy w nocy wyszli od Bayerów. Pożegnawszy Slavika, który do kaplicy Cesarsk[iej] iść musiał, sam jeden o 12-tej wolnym krokiem udałem się do Ś-tego Szczepana. Przyszedłem, jeszcze ludzi nie było. Nie dla nabożeństwa, ale dla przypatrzenia się o tej porze temu olbrzymiemu gmachowi, stanąłem w najciemniejszym kącie u stóp gotyckiego filara. Nie da się opisać ta wspaniałość, ta wielkość tych ogromnych sklepień — cicho było — czasem tylko chód zakrystiana zapalającego kagańce w głębi świątyni przerywał mój letarg. Za mną grób, pode mną grób... Tylko nade mną grobu brakowało. Ponura roiła mi się harmonia... Czułem więcej niżeli kiedy osierociałość moją; lubiłem poić się tym wielkim widokiem, aż dopóki ludzi i światła przybywać nie zaczęło. Tu, zasłoniwszy się kołnierzem od płaszcza, jak to nieraz, pamiętasz? przez Krakowskie Przedmieście, udałem się na muzykę do kaplicy Cesarskiej. Przez drogę już nie sam, ale z mnóstwem kompaniami idących wesołych ludzi przebiegłem piękniejsze ulice Wiednia aż do Zamku, gdzie posłuchawszy trzech numerów nienajtęższej, zaspano granej mszy wróciłem po 1-szej w nocy spać. Śniło mi się o Tobie, o was — o nich, o moich dzieciach kochanych. Nazajutrz obudzono mnie z inwitacją na obiad do pani Elkan, Polki, bankierki. Wstałem, zagrałem sobie smutno, przyszedł do mnie Nidecki, Leidenfrost, Steinkeller, pożegnaliśmy się i udałem się na obiad do Malfattego; Szaniasio, Polak dzisiaj zabity, zajadał zrazy i kapustę jak, zaręczam, żaden u Karmelitów. Nie ustępowałem mu; trzeba Ci wiedzieć, iż ten rzadki człowiek (w całym znaczeniu tego słowa człowiek), dokt. Malfatti, tak o wszystkim pamiętny, że kiedyśmy u niego na obiedzie, wyszukuje nam polskie potrawy. Po obiedzie przyszedł Wild, sławny, nawet dziś najpierwszy niemiecki tenorzysta. Zaakompaniowałem mu na pamięć arią z Otella, którą po mistrzowsku odśpiewał. On i Heinefetter utrzymują całą operę tutejszą, reszta bowiem tak mizerna, że wcale na Wiedeń nie przystoi. Pannie Heinefetter zbywa nieledwie zupełnie na czuciu. Głos, jakiego mi się nie zdarzy tak prędko słyszeć — wszystko dobrze odśpiewane, każda nuta wytrzymana akuratnie, czystość, gibkość, portamenta — ale to tak zimne, żem sobie ledwo nosa nie odmroził, jakem w krzesłach w pierwszym rzędzie blisko sceny siedział. Ładna ze sceny, szczególniej po męsku. W Otellu lepsza niż w Cyruliku, gdzie zamiast niewinnej, żywej, zakochanej dziewczyny przedstawia na wszystkie strony wyćwiczoną kokietę; w Tytusie Mozarta jako Sextus ładna, w Krzyżaku toż samo. Wkrótce wystąpi w Sroce; ciekawość mię bierze. Wołków Cyrulika lepiej rozumiała, tylko by trzeba gardła panny Heinefetter. Niezawodnie jest ona jedna z pierwszych śpiewaczek, ale nie pierwsza. — Miałem jechać Pastę słyszeć. Wszak wiesz, że mam listy od dworu saskiego do wicekrólowy Mediolanu. — Ale jakże jechać? Rodzice każą mi to robić, co ja chcę, a ja tego nie lubię. Do Paryża? tutejsi radzą mi jeszcze czekać. Wrócić? — Siedzieć tutaj? — Zabić się? — Nie pisać do Ciebie? Radź mi Ty, co mam robić. Spytaj się tych ludzi, co mną rządzą, i napisz mi zdanie, a tak będzie. Przyszły miesiąc jeszcze tu zostanę. Pisz więc, nim wyjdziesz ku wschodowi na północ (ale ja mam nadzieję, iż Ty nie będziesz miał potrzeby wychodzić). Pisz więc, nim wyjdziesz (posterestante do Wiednia), nim wyjdziesz, bądź u Rodziców, u Cons... Zastąp im mnie, póki siedzisz. Bywaj często, niech siostry Cię widzą, niech myślą, iż ty do mnie przychodzisz, a ja w drugim pokoju; siądź obok, a niech myślą, że ja z tyłu siedzę. Idź na teatr, a ja tam przyjdę. Żurnale czytuję pilnie: dzienniki polskie mam obiecane. — O koncercie nie myślę. — Jest tu Alois Schmidt, fortepianista z Frankfurtu, znany z Etiudów bardzo dobrych, człowiek przeszło 40-letni, poznałem go, obiecał mię odwiedzić. Myśli grać koncert, trzeba pierwszeństwo dać; zdaje mi się, człowiek do rzeczy, i mam nadzieję, że się zrozumiemy muzycznie. Bo Thalberg tęgo gra, ale nie mój człowiek, młodszy ode mnie, damom się podoba, z Muety poppuri [!] robi, piano pedałem, nie ręką, oddaje, decymy bierze jak ja oktawy, ma brylantowe guziki od koszulek, Moschelesowi się nie dziwuje, a zatem nie dziw, że tylko tutti od Koncertu mojego mu się podobało. Pisze on także koncerta. List Twój kończę 3 dni później. Odczytałem banialuki, jakiem Ci pobzdurzył; daruj, Jasiu, jeżeli za nie zapłacić musisz. Dziś bowiem na obiedzie w traktierni włoskiej słyszałem: „Der liebe Gott hat einen Fehler gemacht, dass er die Polen geschaffen hat"[3], nie dziw się więc, że dobrze pisać tego, co czuję, nie umiem. Nowin się też nie spodzie waj od Polaka, bo drugi na to się odezwał: „In Polen ist nichts zu holen"[4] — Psiajuchy! Tymczasem cieszą się istotnie, chociaż tego pokazać nie chcą. Przyjechał tu Francuz kiełbaśnik, pełno ludzi przed jego sklepem eleganckim się zbiera już od miesiąca, zawsze coś nowego upatrzą do tego Francuza; jedni myślą, że to są skutki rewolucji francuskiej, i miłosiernie patrzą się na kiszki wywieszone na obrusach; drudzy się gniewają, że Francuzowi rebellantowi wolno było założyć sklep z szynkami, kiedy oni sami dosyć świń w własnym kraju mają. Gdzie się ruszysz, o Francuzie mowa, i bać się, że jeżeliby coś być miało, żeby się od Francuza nie zaczęło... Kończę, Jasiu, bo kończyć muszę. Uściskaj ode mnie wszystkich drogich kolegów. Daj buzi, ja Ciebie chyba razem z życiem, z Rodzicami, chyba razem z nią kochać przestanę. Mój drogi, pisz do mnie. Nawet pokaż ten list, jeżeli Ci się zdaje, bo ja go już odczytać nie mam czasu. Dziś jeszcze na wieczór do Malfattego, a wprzód sam na pocztę. — Jak tylko moment znajdę, znów do Ciebie napiszę. Rodzice może wiedzą, że ja do Ciebie piszę; powiedz im, ale nie pokazuj listu. Jeszcze nie mogę się oderwać od lubego Jasia. Idź, Paskudniku, jeżeli Cię tak Watson jeszcze kocha jak ja, to się pewno z rewolucji cieszy. Czy jej matki nie powiesili? Ale Wąsala (już wiesz), wąsala, beksa, że ten przebrzydły papa muzyczny nie dzwoni, to szkoda. Jakby to pięknie było np. do finału w Sroce taki dzwon opiekuńczy... Konst... (nie mogę nawet nazwiska napisać, ręka moja niegodna). Ach! Włosy sobie wyrywam, kiedy sobie wspomnę, że mogą o mnie zapomnieć. Gressery! Bezobrazow! Pisarzewski. Tyle tego! Ze mnie dziś Otello. Chciałem ten list złożyć i bez koperty zapieczętować, a zapomniałem, że u Was po polsku czytać umieją. Tymczasem, kiedy mi papieru zostało, pozwól, niech Ci moje tutejsze życie opiszę. Stoję na 4-tym piętrze, wprawdzie na najpiękniejszej ulicy, ale dobrze musiałbym przez okno spojrzeć, gdybym chciał widzieć, co się na dole dzieje. Pokój mój (zobaczysz u mnie w nowym sztambuchu, jak wrócę na łono wasze), młody Hummel mi go rysuje, jest duży, zgrabny, o 3-ch oknach, łóżko stoi naprzeciw okien, (cudny) pantalion po prawej, a kanapa po lewej stronie. Między oknami zwierciadła, na środku piękny, duży, mahoniowy, okrągły stół; posadzka polerowana. Cicho. Po obiedzie Pan nie przyjmuje, a zatem mogę się zupełnie przenieść myślą do Was. Rano budzi mię nieznośnie głupi służący, wstaję, przynoszą mi kawę, gram i często zimne piję śniadanie. Potem koło 9-tej przychodzi metr niemieckiego języka; później najczęściej gram, po czym, jak dotąd, rysował mię Hummel, a Nidecki mojego Koncertu się uczył. To wszystko w szlafroku do 12-tej, tu dopiero przychodzi bardzo godny Niemczyk, Leidenfrost, Niemczyk pracujący w kryminale, i jeżeli czas piękny, idziemy n glacis wokoło miasta na spacer, po czym ja udaję się na obiad, jeżeli jestem gdzie proszony, a jeżeli nie, idziemy razem do miejsca, gdzie cała tutejsza młodzież akademicka jada, to jest „Zur Boemischen Köchin". Po obiedzie pije się w najpiękniejszym Kaffenhauzie (taka tu moda, nawet Szaniasio bywa) czarną kawę; po czym ja na wizytę, a o szarej wracam do domu, fryzuję się, chossuję i na wieczór. Około 10-tej, 11-tej, czasami 12-tej (dłużej nigdy) wracam — gram, płaczę, czytam, patrzę, śmieję się, idę spać, gaszę świecę i śnicie mi się zawsze. List Twój w środę miał odejść, ale za późno było, więc w sobotę odchodzi. Elsnera ucałuj. Zacząłem czysto pisać, a skończyłem tak, że mię może nie przeczytasz. Magnusia, Alfonsa, Reinszmidka ucałuj. Jeżeli będzie można, każ się któremu do Twego listu przypisać. Mój portret, o którym Ty i ja tylko mamy wiedzieć, maluteńki; jeżelibyś myślał, że choć trochę przyjemności zrobi, przez Schucha Ci przyślę, który może z Freyerem koło 15 przysz[łego miesiąca], gdyby okolicz[ności] kazały, wyjedzie. Po Wiedniu dużo gadają o Klopiki, żałowali Potoki i jakieś Woliki z X-ciem gadały. Muszę się śmiać; co oni z naszych imion robią, to wszelkie wyobrażenie przechodzi. Nie oddawaj bileciku, jeżeli nie konieczna potrzeba. Nie wiem, com napisał. Możesz przeczytać 1-szy może i ostatni. Ch.
