Chopin's letters Chopin's letters

George Sand do Wojciecha Grzymały w Paryżu

[Nohant, czerwiec 1838]

Sender: Sand George (Nohant)

Addressee: Grzymała Wojciech (Paryż)


Nigdy się nie zdarzy, drogi Przyjacielu, bym zwątpiła w szczerość rad Pana; niechże więc nigdy podobna obawa się Panu nie nasunie. Wierzę w Pańską ewangelię, choć jej dobrze nie znam, choć jej nie rozważałam, z chwilą bowiem gdy zdobyła takiego wyznawcę jak Pan, musi to być najwznioślejsza ze wszystkich ewangelii. Bądź błogosławiony za to, co Pan robi dla swoich przyjaciół, i bądź spokojny o moje myśli. Po raz ostatni postawmy sprawę jasno, bowiem od ostatecznej odpowiedzi Pana w tym przedmiocie zależeć będzie całe moje postępowanie na przyszłość. Skoro musiało już do tego dojść, żałuję, że nie przezwyciężyłam niechęci, która mną owładnęła, i nie zapytałam Pana o to w Paryżu. Zdawało mi się, że to, czego bym się dowiedziała, rzuci cień na mój poemat. Istotnie ściemniał, a raczej pobladł bardzo. Ale mniejsza o to! Wyznaję Pańską ewangelię, ponieważ ona każe myśleć o sobie na ostatku i zakazuje myśleć w ogóle, jeśli szczęście tych, których kochamy, żąda wytężenia wszystkich naszych sił. Niech Pan posłucha, co powiem, i niech Pan odpowie jasno, kategorycznie, bez ogródek. Czy osoba, którą chce czy powinien, czy myśli, że powinien kochać, jest zdolna dać mu szczęście, czy też przysporzy mu jeszcze cierpień i smutku? Nie pytam, czy ją kocha, czy jest przez nią kochany ani czy kocha ją więcej, czy mniej niż mnie. Sądząc po tym, co się we mnie dzieje, wiem, co się w nim dziać musi. Chcę wiedzieć, o której z nas dwóch powinien zapomnieć lub którą powinien porzucić ze względu na swój spokój, szczęście i swoje zdrowie zbyt wątłe — jak mi się zdaje — zbyt kruche, by mogło wytrzymać wielkie cierpienia. Nie chcę grać roli złego ducha. Nie jestem Bertramem Meyerbeera i nie myślę walczyć z przyjaciółką lat dziecięcych, jeżeli jest nią piękna i czysta Alicja; gdybym była wiedziała, że istnieją jakieś więzy w życiu naszego dziecka, a w duszy jego jakieś uczucie, nigdy bym się nie pochyliła nad nim, by chłonąć zapach kadzidła, które zapalono przed innym ołtarzem. On również cofnąłby się przed moim pierwszym pocałunkiem, gdyby wiedział, żem była wówczas jakby zamężna. Nie zwodziliśmy siebie nawzajem — daliśmy się nieść przelotnemu wiatrowi, który po kilku chwilach porwał nas oboje w jakieś inne krainy. Niemniej jednak po owym rajskim uścisku, po tej wędrówce przez niebo empiryjskie musimy powrócić na ten świat; biedne my ptaki — mamy wprawdzie skrzydła, ale gniazda nasze są na ziemi i gdy śpiew aniołów wzywa nas ku górze, wołania naszych bliskich ściągają nas na ziemię. Co do mnie, nie chcę poddać się namiętności, choć w głębi serca tli się jeszcze, groźne chwilami, ognisko. Dzieci moje dadzą mi potrzebną siłę, by zerwać wszystko, co mogłoby oddalić mnie od nich lub od warunków życia najbardziej sprzyjających ich wychowaniu, zdrowiu, zapewnieniu dobrobytu itd. Tak więc nie mogę osiąść na stałe w Paryżu z powodu choroby Maurycego itd. Istnieje poza tym jeszcze jedna istota niezwykła, doskonała, jeśli chodzi o serce i honor; nie rozstanę się z nią nigdy, jest to bowiem jedyny człowiek, który choć jest przy mnie od roku, nie sprawił mi cierpienia ani razu, ani na jedną chwilę. Jest to również jedyny człowiek, który oddał mi się absolutnie i całkowicie, bez żalu o przeszłość, bez zastrzeżeń na przyszłość. Jest to przy tym natura tak dobra i tak mądra, że z czasem będę mogła doprowadzić do tego, by o wszystkim wiedział, by wszystko zrozumiał; jest to miękki wosk, na którym ja wycisnęłam swe piętno, a kiedy zechcę zmienić odbicie, przy pewnej ostrożności i cierpliwości, zdołam to osiągnąć. Dziś jednak byłoby to niemożliwe, a szczęście jego jest dla mnie święte. Jeśli więc o mnie chodzi, jestem tak uwikłana, tak silnie związana na długie lata, że nie mogę pragnąć, by nasz m a ł y ze swej strony zrywał krępujące go więzy. Gdyby chciał złożyć swoje losy w moje ręce, przeraziłabym się tym bardzo, wzięłam już bowiem w swe ręce los innego człowieka, nie mogłabym więc zastąpić mu tego, co by dla mnie porzucił. Sądzę, że nasza miłość może istnieć tylko w tych warunkach, w których się zrodziła, to znaczy, że od czasu do czasu, gdy pomyślny wiatr nas ze sobą połączy, wzlecimy razem w krainę gwiazd, a potem rozstaniemy się, by znów stąpać po ziemi; jesteśmy bowiem dziećmi ziemi, a Pan Bóg nie pozwolił nam, byśmy ramię przy ramieniu odbywali naszą doczesną pielgrzymkę. Musimy się więc spotykać w niebie, a krótkie chwile tam przebyte będą tak piękne, że wynagrodzą nam całe życie spędzone tu, na ziemi. Obowiązek mój jest więc ściśle wytknięty. Mogę jednak, nie sprzeniewierzając mu się nigdy, spełnić go w dwojaki, całkiem różny sposób; pierwszy wymagałby trzymania się jak najdalej od C[hopina], unikania wszystkiego, co mogłoby myśl jego zaprzątać, i nie pozostawania z nim nigdy sam na sam; drugi sposób, przeciwnie, polegałby na jak największym zbliżeniu pod warunkiem, żeby nie zagrażał spokojowi M[allefille'a], pozwalał na ciche przypominanie mu o sobie w chwilach odpoczynku i szczęścia, czasami na siostrzany uścisk ramion, gdy wiatr niebiański zechce nas porwać i unieść w przestworza. Wybiorę pierwszą drogę, jeśli mi Pan powie, że wiadoma osoba zdolna jest dać mu szczęście czyste i prawdziwe, otoczyć go troskliwą opieką, ułożyć, wyrównać i uspokoić mu życie, ja zaś mogłabym być w tym przeszkodą; jeśli dusza jego nadmiernie, szaleńczo nawet surowa nie zechce kochać dwóch różnych istot w odmienny sposób, jeśli ów tydzień, który bym z nim spędzała od czasu do czasu, miałby zamącić jego szczęście domowe przez resztę roku, wówczas, tak, wówczas, przysięgam Panu, zrobię wszystko, by o mnie zapomniał. Obiorę tę drugą drogę, gdy z dwóch rzeczy powie mi Pan jedną: albo że jego szczęście domowe może i powinno dać się pogodzić z rzadkimi godzinami czystego szczęścia i cichej poezji, albo że szczęście rodzinne jest dla niego niemożliwe, że małżeństwo lub podobny do niego związek stałby się grobem dla jego artystycznej duszy, że należy za wszelką cenę odwieść go od podobnego związku i dopomóc mu nawet w przezwyciężeniu jego skrupułów religijnych. A oto do czego doprowadziły mnie, przyznam się Panu, moje domysły. Pan mi powie, czy się mylę. Jestem pewna, że wiadoma osoba jest czarująca, godna największej miłości i szacunku, bo taka istota jak on może pokochać tylko to, co piękne i czyste. Ale zdaje się, że Pan obawia się dla niego małżeństwa, codziennych obowiązków, powszedniego życia, interesów, trosk domowych, słowem, tego, co zdaje się być tak obce jego usposobieniu i przeciwne natchnieniom jego muzy. Ja również lękam się tego myśląc o nim, ale w tych sprawach nie mogę ani nic twierdzić, ani o niczym się wypowiadać, nie znam go bowiem wcale pod wielu względami — widziałam tylko tę stronę jego istoty, którą opromienia słońce. Pan więc pomoże mi ustalić moje poglądy na tę sprawę. Jest rzeczą bardzo doniosłą, bym wiedziała, jakie jest jego stanowisko, gdyż wtedy mogłabym ugruntować swoje. Mnie odpowiadałoby najbardziej, gdyby nasz poemat mógł ułożyć się tak, żebym ani ja nie wiedziała nic, absolutnie nic o jego życiu praktycznym, ani on o moim i żeby on żył według własnych zasad religijnych, światowych, poetyckich, artystycznych. Ja nigdy nie żądałabym, by mi z nich zdawał sprawę, i nawzajem, on by tego ode mnie nie żądał, ale żeby — gdziekolwiek i w jakiejkolwiek chwili życia się spotkamy — dusze nasze osiągały szczyt szczęścia i doskonałości. Nie wątpię, że człowiek staje się lepszy, gdy kocha miłością wzniosłą, i że nie tylko daleki jest od grzechu, ale przeciwnie, zbliża się do Boga, który jest źródłem i ogniskiem tej miłości. Może powinien Pan użyć tego, drogi Panie, jako ostatecznego argumentu, by mu wszystko dobrze wytłumaczyć; w ten sposób niczym nie urażając jego pojęć o obowiązku, o poświęceniu i o ofierze religijnej, przyniósłby Pan ulgę jego sercu. Czego obawiałabym się, co byłoby dla mnie najboleśniejsze, co skłoniłoby mnie, by w oczach jego uchodzić za umarłą, to myśl, że staję się dla niego postrachem i wyrzutem sumienia; nie, nie czuję się na siłach (chyba gdyby to była istota zdolna doprowadzić go do zguby) rozpocząć walki z widmem i wspomnieniem innej kobiety. Mam na to zbyt wiele szacunku dla własności, a raczej jest to jedyna własność, którą szanuję. Nikomu nie chcę nikogo wykradać, co najwyżej więźniów strażnikom, skazańców katom, a więc Polskę Rosji. Niech mi Pan, proszę, powie, czy to obraz Rosji prześladuje nasze dziecko. Wówczas prosiłabym niebo, by użyczyło mi wszystkich uroków Armidy, ażeby go przed nim uchronić; ale jeśli to Polska — niechaj robi, co chce. Nie ma nic, co mogłoby się równać z ojczyzną, a gdy się ją posiada, nie trzeba stwarzać sobie innej. W takim razie byłabym dla niego Italią, którą się odwiedza i zachwyca wiosną, ale gdzie się nie pozostaje na dłużej; jest tam bowiem więcej słońca niż łóżek i stołów i życie wygodne leży poza jej granicami. Biedna Italia! Wszyscy o niej marzą, pragną jej lub tęsknią do niej; nikt jednak nie może tam pozostać na stałe, ponieważ jest nieszczęśliwa i nie może dać szczęścia, którego sama nie posiada. Istnieje jeszcze ostatnie przypuszczenie, którym trzeba, bym podzieliła się z Panem. Nie jest wykluczone, że on nie kocha już przyjaciółki lat dziecięcych i że prawdziwie wstrętne mu są więzy, które miałby nałożyć, ale poczucie obowiązku, honor rodziny — któż to może wiedzieć — domagają się od niego tego poświęcenia. Jeżeli tak jest, to, kochany Przyjacielu, niechże Pan będzie jego aniołem opiekuńczym; ja się do tego wtrącać nie mogę, Pan jednak powinien; niech Pan go uchroni przed zbyt surowymi wyrokami sumienia, niech Pan go uchroni przed jego własną cnotą, niech Pan za wszelką cenę przeszkodzi mu w tej ofierze z samego siebie, w takich wypadkach bowiem (jeśli chodzi o małżeństwo lub związek, który choć mniej powszechnie znany, pociąga za sobą równe obowiązki i trwa równie długo), w takich wypadkach, twierdzę, poświęcenie tego, który oddaje swą przyszłość, nie jest współmierne z tym, co otrzymał w przeszłości. Przeszłość to pojęcie ograniczone i dające się ocenić; przyszłość — to nieskończoność, gdyż jest niewiadoma. Istota, która w zamian za pewną wiadomą sumę poświęcenia żąda oddania całego dalszego życia, stawia żądanie nieuczciwe. A jeśli ten, od kogo żądają tego poświęcenia, jest w kłopocie, jak bronić swych praw, czyniąc zadość honorowi i sprawiedliwości, obowiązkiem przyjaźni jest ocalić go i stać się bezwzględnym strażnikiem jego praw i jego obowiązków. Niech Pan będzie nieugięty w tych sprawach; proszę wierzyć, że ja, która nienawidzę uwodzicieli, ja, która zawsze staję po stronie kobiet skrzywdzonych lub oszukanych, ja, uważana za adwokata mojej płci, i ja, która się tym szczycę, gdy zachodziła tego potrzeba, nieraz używałam autorytetu siostry, matki i przyjaciółki, by zerwać niejedne tego rodzaju więzy. Zawsze potępiałam kobietę, jeżeli chciała być szczęśliwa kosztem szczęścia mężczyzny, zawsze rozgrzeszałam mężczyznę, gdy żądano od niego więcej wolności i godności ludzkiej, aniżeli wolno jej poświęcić. Przysięga na miłość i wierność jest zbrodnią albo podłością, gdy usta wymawiają to, czemu przeczy serce, wszystkiego zaś wolno żądać od mężczyzny, tylko nie podłości i nie zbrodni. Poza tym jedynym wypadkiem, drogi Przyjacielu, gdyby chciał ponieść zbyt wielką ofiarę, nie należałoby zwalczać jego przekonań ani zadawać gwałtu jego skłonnościom. Jeżeli jego serce, tak jak moje, potrafi pomieścić dwie różne miłości, jedną, która — jeżeli można tak powiedzieć — byłaby ciałem życia, i drugą, która byłaby jego duszą, będzie to najlepsze wyjście, gdyż nasz wzajemny stosunek odpowiadałby naszym uczuciom i naszym pojęciom. Tak samo bowiem jak nie co dzień człowiek może być wzniosły, nie co dzień również bywa szczęśliwy. Nie co dzień będziemy się widywali, nie co dzień będzie w nas płonął święty ogień, ale będą się trafiały dni piękne i będą gorzały święte płomienie. Należałoby może powiedzieć mu również, co mnie łączy z panem, M[allefille]. Bo zachodzi obawa, by nie wiedząc tego, nie uroił sobie czegoś w rodzaju, obowiązku względem mnie, który by go krępował i stawiał go w bolesnym konflikcie z tamtym. Pozostawiam Panu całkowitą wolność i ostateczną decyzję w wyjawieniu mu tej tajemnicy; powie mu Pan, jeżeli chwila wyda mu się właściwa, zatrzyma ją Pan jakiś czas przy sobie, o ile uważałby Pan, że mogłoby to zwiększyć jeszcze zbyt świeże cierpienia. A może Pan już mu powiedział o wszystkim? Pochwalam i akceptuję cokolwiek Pan zrobił lub zrobić zamierza. Jeżeli chodzi o to, czy będę należała do niego, czy też nie, wydaje mi się to rzeczą drugorzędną w porównaniu z tym, co nas w tej chwili zajmuje. A jednak jest to sprawa bardzo ważna sama przez się, stanowi bowiem treść życia kobiety, jej najdroższą tajemnicę, najgłębszą mądrość, misterium jej zalotności. Panu, jako bratu i przyjacielowi, wyznam z całą prostotą tę wielką tajemnicę, którą wszyscy wymawiający me imię opatrują tak przedziwnymi komentarzami. A to dlatego, że nic nie ukrywam, nie kieruję się żadną teorią ani doktryną, nie mam ustalonej opinii ani uprzedzeń, ani pretensji do jakiejś szczególnej mocy, ani się bawię w małpiarstwa spirytualizmu; nie ma również we mnie nic, co byłoby z góry ułożone lub stało się przyzwyczajeniem, nie ma też, jak mi się zdaje, żadnych fałszywych zasad — ani zbytniej swobody, ani zbytniej skromności. Często w życiu ufałam swoim instynktom, które zawsze były szlachetne; zawodziłam się czasem na ludziach, ale nigdy na sobie. Mogę sobie zarzucić wiele szaleństw, nie popełniłam jednak nigdy niskiego ani podłego uczynku. Słyszę, jak wiele się mówi o moralności ludzkiej, o skromności i cnocie społecznej. Wszystko to nie jest dla mnie w tej chwili dość jasne; toteż w niczym nie doszłam jeszcze do ostatecznych wniosków. Nie znaczy to jednak, bym sobie tę sprawę lekceważyła; przyznam się Panu szczerze, że pragnienie zastosowania jakiejkolwiek teorii do moich uczuć było wielkim zagadnieniem i wielkim cierpieniem mego życia. Uczucia bywały zawsze silniejsze od rozumowań, granice zaś, które usiłowałam sobie nakreślić, nigdy nie zdały się na nic. Ciągle zmieniałam przekonania. Przede wszystkim wierzyłam w wierność, głosiłam ją, dochowywałam jej i wymagałam. Nie dotrzymano mi jej — więc i ja postąpiłam tak samo. A jednak nigdy nie czułam wyrzutów sumienia, ponieważ ilekroć byłam niewierna, ulegałam jakby jakiemuś fatum, jakiemuś instynktownemu szukaniu ideału, które zmuszało mnie do porzucenia tego, co niedoskonałe, dla tego, co wydawało mi się bliskie ideału. Znałam różne odcienia miłości: miłość artysty, miłość kobiety, miłość siostry, miłość matki, miłość zakonnicy, miłość poety, czy ja wiem zresztą? Były i takie, co zrodziły się we mnie i umarły tego samego dnia, a ten, który był ich przedmiotem, nigdy się o tym nie dowiedział. Były takie, które życie moje zmieniały w mękę, które mnie doprowadzały do rozpaczy, niemal do szaleństwa. Były takie, które przez lata całe trzymały mnie zamkniętą, jak w klasztorze, w jakimś przesadnym ascetyzmie. A wszystko to było bezwzględnie szczere. Mówiąc słowami Sainte-Beuve'a, istota moja wstępowała w te różne fazy, jak słońce wstępuje w znaki Zodiaku. Temu, kto by mnie sądził według pozorów, mogłam się wydać wariatką lub hipokrytką; każdy jednak, kto obserwował mnie i czytał w tajnikach mojej duszy, zobaczył mnie taką, jaką jestem w istocie; widział entuzjastyczną wielbicielkę piękna, namiętnie łaknącą prawdy, kobietę bardzo czułego serca, bardzo niezdecydowaną w sądach, często niedorzeczną, ale działającą zawsze w dobrej wierze, nigdy małostkową ani mściwą — dosyć porywczą, ale dzięki Bogu łatwo zapominającą o krzywdach i o złych ludziach. Takie jest moje życie, mój drogi; jak widzisz — nie wspaniałe. Nie ma w nim nic godnego podziwu, nieraz może budzić litość, a dobre serca nie znajdą w nim nic, co zasługiwałoby na potępienie. Jestem tego pewna, że ci, którzy mi zarzucają, iż byłam niegodziwa — kłamią; nie byłoby nic łatwiejszego dla mnie, jak im tego dowieść, gdybym chciała zadać sobie trud opowiadania i grzebania się we wspomnieniach, ale mnie to nudzi, a przy tym równie mam mało pamięci, jak zdolności zachowywania uraz. Dotychczas byłam zawsze wierna temu, kogo kochałam, całkowicie wierna w tym znaczeniu, że nigdy nikogo nie oszukiwałam, nigdy nie przestawałam być wierną bez ważnych powodów, zabijały one we mnie miłość z winy innych. Nie jestem z natury niestała. Przeciwnie, tak nawykłam kochać wyłącznie tego, który mnie szczerze kocha, tak trudno było mnie zapalić, tak przywykłam do życia w otoczeniu mężczyzn, zapominając o tym, że jestem kobietą, że naprawdę poczułam zmieszanie i trwogę, gdy sobie zdałam sprawę z wrażenia, jakie wywarło na mnie to wątłe stworzenie. Nie ochłonęłam jeszcze ze zdziwienia i gdybym miała w sobie więcej dumy, czułabym się upokorzona, że dopuściłam się całkowitej niewierności serca, wówczas gdy byłam pewna, iż znalazłam na zawsze spokój i równowagę życiową. Byłoby bardzo źle, gdybym była mogła przewidzieć, rozumować i przeciwstawić się temu wtargnięciu; ale zostałam zaskoczona nagle, a nie leży w mojej naturze, bym miała się rządzić rozsądkiem wówczas, gdy owładnie mną miłość. Ale nie robię sobie wyrzutów, tylko stwierdzam, że jestem słabsza i bardziej wrażliwa, niż przypuszczałam. Mniejsza z tym, nigdy nie było we mnie próżności, a to, co Panu powiedziałam, dowodzi, że muszę być jej całkowicie pozbawiona i że nie powinnam nigdy pysznić się siłą i odwagą. Jeśli mnie to zasmuca, to tylko dlatego, że moja szczerość, której tak długo hołdowałam i z której byłam trochę dumna, teraz została zahamowana i zmuszona do kompromisu. Będę musiała kłamać tak samo jak inni. Zapewniam Pana, że moja miłość własna będzie więcej cierpieć nad tym niż nad nieudaną powieścią lub wygwizdaną sztuką teatralną. Trochę nad tym boleję; cierpienie to jest może jakąś pozostałością dumy; a może to głos z nieba, który woła, że należało lepiej strzec swoich oczu i uszu, a zwłaszcza swego serca. Ale jeśli niebo żąda od nas, byśmy byli wierni ziemskim uczuciom, dlaczego pozwala aniołom, by błądziły pośród nas i stawały na naszej drodze? Raz jeszcze powstał więc we mnie wielki problem miłości! Miłość musi iść w parze z wiernością — mówiłam nie dalej niż dwa miesiące temu — i niestety nie mogę zaprzeczyć, że moje uczucia dla tego biednego M[allefille] nie były już tak tkliwe, gdym go znowu ujrzała. Jest rzeczą pewną w każdym razie, że od czasu gdy wyjechał do Paryża (musiał go Pan tam spotkać), zamiast oczekiwać niecierpliwie jego powrotu i smucić się z powodu rozłąki z nim, cierpię mniej i oddycham swobodniej. Gdybym doszła do przekonania, że częstsze spotkania z C[hopinem] mogłyby zwiększyć to ochłodzenie, czuję, iż obowiązkiem moim byłoby się ich wyrzec. Do tego właśnie zmierzałam: chciałam pomówić z Panem w sprawie należenia do siebie dwojga ludzi, w czym dla wielu umysłów zawarte jest zagadnienie wierności. Zdaje mi się, że jest to pojęcie błędne, można być mniej lub więcej niewiernym, gdy się jednak pozwoliło zawładnąć swą duszą i przyzwoliło na najniewinniejsze pieszczoty, odczuwając przy tym miłość, niewierność została już popełniona, reszta jest już mniej ważna; kto stracił bowiem serce, stracił wszystko. Lepiej byłoby utracić ciało, a zachować w całości duszę. W ten sposób w zasadzie jestem zdania, że całkowite zacieśnienie nowych więzów już tylko nieznacznie powiększa winę; nie jest jednak wykluczone, że po wzajemnym oddaniu przywiązanie staje się bardziej ludzkie, bardziej gwałtowne, bardziej władcze. To dość prawdopodobne, a nawet pewne. Oto dlaczego, jeśli ma się żyć razem, nie należy postępować wbrew naturze i prawdzie, nie należy się cofać przed całkowitym związkiem; jeżeli jednak okoliczności zmuszają do życia w rozłące, roztropność, a co za tym idzie obowiązek i prawdziwa cnota, nakazuje wyrzeczenia. Nie zastanawiałam się jeszcze poważnie nad tym wszystkim i gdyby był tego zażądał w Paryżu, uległabym po prostu, bowiem wrodzona moja szczerość sprawia, że nienawidzę wszelkich ostrożności, zastrzeżeń, wyrachowań i przebiegłości. Jednakże list Pana nasuwa mi myśl, że należy skończyć z tą sprawą raz na zawsze! Ponadto smutek i zakłopotanie, w jakie wprawiły mnie pieszczoty M., wysiłek, na który musiałam się zdobyć, by nie dać tego poznać po sobie, były dla mnie ostrzeżeniem. Pójdę więc za Pańską radą, drogi Panie. Oby ta ofiara mogła być częściowym zadośćuczynieniem za rodzaj krzywoprzysięstwa, którego się dopuściłam. Nazywam to ofiarą, gdyż ciężko mi będzie patrzeć na cierpienia tego anioła. Był dotąd bardzo opanowany; ale nie jestem dzieckiem, widziałam, że namiętność ludzka wzrasta w nim z wielką szybkością i że czas nam było się rozstać. Oto dlaczego nie chciałam spędzić z nim nocy poprzedzającej mój wyjazd i niemal wyprosiłam was od siebie. A teraz, gdy już Panu mówię wszystko, chcę jeszcze powiedzieć i to, że jedno tylko mi się w nim nie podobało: w swej wstrzemięźliwości kierował się niewłaściwymi pobudkami. Dotychczas podziwiałam, że panuje nad sobą przez szacunek dla mnie, przez nieśmiałość, przez chęć dochowania wierności innej. Wszystko to było poświęceniem, a co za tym idzie, dowodziło siły woli i dobrze zrozumianej skromności. To mnie najbardziej ujmowało i zachwycało w nim. Ale wtedy u Pana, w chwili gdyśmy się mieli pożegnać, pragnąc oprzeć się ostatniej pokusie, powiedział mi parę słów, których się po nim nie spodziewałam. Zdawał się — na wzór świętoszków — brzydzić ludzką brutalnością, wstydzić pokus, które go nawiedzały, jakby, dając raz jeszcze wyraz uniesieniu, bał się splugawić naszą miłość. Oburzało mnie zawsze takie traktowanie miłosnego zbliżenia. Jeżeli to ostateczne zbliżenie nie jest rzeczą równie świętą, równie czystą i tak szczerą w swym oddaniu jak sama miłość, to unikanie go nie jest cnotą. To określenie „miłość fizyczna", którym się posługują, aby wyrazić to, co dopiero w niebie znajduje właściwe miano, nie podoba mi się i razi mnie jak bluźnierstwo, a zarazem jako pojęcie z gruntu fałszywe. Czy dla natur wzniosłych może istnieć miłość czysto fizyczna, a dla natur szczerych miłość czysto duchowa. Czy może istnieć miłość bez jednego choćby pocałunku, a pocałunek miłosny bez zmysłowej rozkoszy? Pogarda ciała może być rzeczą mądrą i pożyteczną wtedy, gdy w grę wchodzą istoty będące tylko ciałem; gdy jednak chodzi o kogoś, kogo się kocha, wówczas wyrzekając się rozkoszy zmysłowych nie należy używać słowa gardzić, lecz słowa szanować. Zresztą nie są to słowa, których on użył. Nie pamiętam ich dokładnie. Powiedział, zdaje się, że są rzeczy, które mogłyby mu popsuć wspomnienie. Prawda, że powiedział głupstwo i że z pewnością tak nie myśli? Kimże jest ta nieszczęsna kobieta, która mu pozostawiła takie wspomnienie o miłości cielesnej? Czyżby miał kochankę niegodną siebie? Biedny anioł! Należałoby powiesić wszystkie kobiety, które zohydzają w oczach mężczyzn to, co jest najbardziej godne szacunku i najświętsze na świecie, owo boskie misterium powstawania życia, najpoważniejszy i najbardziej wzniosły akt w życiu wszechświata. Magnes przyciąga żelazo, zwierzęta łączą się pomiędzy sobą na podstawie różnicy płci. Nawet rośliny podlegają prawom miłości, a człowiek, który jedyny na ziemi otrzymał od Boga dar boskiego odczuwania duchem tego, co zwierzęta, rośliny i metale odczuwają materią, człowiek, w którym przyciąganie elektryczne przekształca się w przyciąganie uczuciowe, świadome, rozumne, człowiek jedynie patrzy na ten. cud, który dokonuje się w jego duszy i ciele, jako na potrzebę niższego rzędu, i mówi o niej z pogardą, ironią lub ze wstydem! Dziwne to zaiste! A rezultatem takiego rozdzielania ducha od ciała była konieczność zakładania klasztorów i lupanarów. Mój list jest przerażający. Odczytanie go zajmie Panu najmniej sześć tygodni. To jest moje ultimatum. Jeśli on jest lub może być z nią szczęśliwy, niech Pan go zostawi jego własnym losom. Jeśli ma być nieszczęśliwy, niech Pan do tego nie dopuści. Jeżeli może znaleźć szczęście przy mnie, nie przestając go znajdować przy niej, ja również mogłabym postąpić w ten sam sposób. Jeżeli nie może być szczęśliwy ze mną, nie będąc z nią nieszczęśliwy, trzeba, żebyśmy się unikali i by zapomniał o mnie. Poza tymi czterema możliwościami nie ma innego wyjścia. Znajdę w sobie na to dość sił, przyrzekam Panu, ponieważ tu chodzi o n i e g o; a chociaż nie mogę pochwalić się cnotą, gdy chodzi o mnie, umiem się poświęcać dla tych, których kocham. Pan powie mi szczerą prawdę, liczę na to i czekam. Nie ma potrzeby, by Pan pisał do mnie tak, bym list mogła pokazać każdemu. Nie jest to w zwyczaju ani M., ani moim. Zbyt wiele mamy dla siebie nawzajem szacunku, byśmy nawet w myśli wymagali zdawania sobie sprawy ze szczegółów naszego życia. Nie podobna, by pani Dorval kierowała się pobudkami, które jej Pan przypisuje. Jest raczej legitymistką (jeżeli w ogóle ma jakieś przekonania) niż republikanką. Mąż jej jest karlistą. Musiał Pan być u niej w godzinach jej prób lub pracy. Aktorka jest istotą nieuchwytną. Proszę to zostawić mnie, napiszę do niej i ona do Pana napisze. Była mowa o moim wyjeździe do Paryża i nie jest wykluczone, że gdyby interesy moje, którymi M. zajmuje się w tej chwili, miały się przeciągać, wyjechałabym do niego. Niech Pan nic o tym nie mówi małemu. Jeśli pojadę, dam Panu znać i zrobimy mu niespodziankę. W każdym razie, ponieważ potrzeba Panu zawsze trochę czasu, by uzyskać zgodę na wyjazd, proszę, niech Pan rozpocznie odpowiednie kroki, chciałabym bowiem mieć Pana tego lata w Nohant jak najwcześniej i na jak najdłużej. Zobaczy Pan, że będzie się Panu tu podobało; nie ma tu nic z tego, czego się Pan obawia. Żadnego szpiegowania, żadnych plotek, nic w ogóle, co przypominałoby prowincję: oaza wśród pustyni. W całym departamencie nikt nie ma pojęcia, kto to jest Chopin albo Grzymała. O tym, co się u mnie dzieje, nikt w ogóle nic nie wie. Widuję tylko zaufanych przyjaciół, anielskie istoty, takie jak Pan; nie przychodzi im do głowy żadna zła myśl o tych, których kochają. Przyjedzie Pan, mój zacny Przyjacielu, porozmawiamy swobodnie i Pańska przygnębiona dusza odżyje na wsi. Co do m a ł e g o, to przyjedzie, jeśli będzie miał ochotę, ale gdyby tak być miało, chciałabym o tym wiedzieć zawczasu, gdyż w takim razie wyprawiłabym M. do Paryża lub do Genewy. Pozorów nie zabraknie, a żadne podejrzenie nigdy mu nie przyjdzie na myśl. Jeżeli mały nie będzie chciał przyjechać, niech Pan nie stara się go do tego nakłonić; boi się ludzi, boi się nie wiem czego. A ja w tych, których kocham, szanuję wszystko to, czego nie rozumiem. Wybieram się do Paryża we wrześniu, przed wielką podróżą. Moje postępowanie wobec niego będzie zależne od tego, co Pan mi odpowie. Jeżeli Pan sam nie znalazł rozwiązania zagadek, które Panu postawiłam, niech się Pan stara otrzymać je od niego — proszę poszperać w jego duszy, muszę wiedzieć, co się w niej dzieje. Teraz już poznał mnie Pan do gruntu. W ciągu dziesięciu lat nie napisałam dwóch takich listów. Taka jestem leniwa i tak nie lubię mówić o sobie. Ale w ten sposób uniknę mówienia o sobie jeszcze więcej. Zna mnie Pan już teraz na wylot, ma Pan mój podpis in blanco i może Pan dawać zlecenia wypłaty, gdy Pan będzie regulował swe rachunki w niedzielę Świętej Trójcy[1]. Jestem Panu szczerze oddana, oddana całą duszą, a jeśli pozornie nie wspomniałam o Panu ani słowa w tej długiej pogawędce, to dlatego, że zdawało mi się, iż mówię o sobie ze swym drugim j a, lepszym z pewnością i droższym niż pierwsze. George Sand.


[1] W oryginale: de la Trinité — co znaczy: na święte nigdy.

Oryginał:
Jamais il ne peut m'arriver de douter de la loyauté de vos conseils, cher ami; qu'une pareille crainte ne vous vienne jamais. Je crois à votre évangile sans bien le connaître et sans l'examiner, parce que du moment qu'il a un adepte comme vous, il doit être le plus sublime de tous les évangiles. Soyez béni pour vos amis et soyez en paix pour mes pensées. Posons nettement la question une dernière fois, parce que de votre dernière réponse sur ce sujet dépendra toute ma conduite à venir, et puisqu'il fallait en arriver là, je suis fâchée de ne pas avoir surmonté la répugnance que j'éprouvais à vous interroger à Paris. Il me semblait que ce que j'allais apprendre pâlirait mon poème. Et, en effet, le voUà qui a rembruni, ou plutôt qui pâlit beaucoup. Mais qu'importe! Votre évangile est le mien quand il prescrit de songer à soi en dernier lieu, et de n'y pas songer du tout quand le bonheur de ceux que nous aimons réclame toutes nos puissances. Écoutez-moi bien et répondez clairement, catégoriquement, nettement. Cette personne qu'il veut ou doit, ou croit devoir aimer, est-elle propre à faire son bonheur, ou bien doit-elle augmenter ses souffrances et ses tristesses? Je ne demande pas s'il l'aime, s'il en est aimé, si c'est plus ou moins que moi. Je sais à peu près, par ce qui se passe en moi, ce qui doit se passer en lui. Je demande à savoir laquelle de nous d e u x il faut qu'il oublie ou abandonne pour son repos, pour son bonheur, pour sa vie enfin, qui me paraît trop chancelante et trop frêle pour résister à de grandes douleurs. Je ne veux point faire le rôle de mauvais ange. Je ne suis pas le B e r t r a m de Meyerbeer et je ne lutterai point contre l'amie d'enfance si c'est une belle et pure Alice; si j'avais su qu'il y eut un lien dans la vie de notre enfant, un sentiment dans son âme, je ne me serais jamais penchée pour respirer un parfum réservé à un autre autel. De même, lui sans doute se fût éloigné de mon premier baiser s'il eût su que j'étais comme mariée. Nous ne nous sommes point trompés l'un l'autre, nous nous sommes livrés au vent qui passait et qui nous a emporté tout deux dans une autre région pour quelques instants. Mais il n'en faut pas moins que nous redescendions ici-bas, après cet embrassement céleste et ce voyage à travers l'empyrée, pauvres oiseaux, nous avons des ailes, mais notre nid est sur la terre et quand le chant des anges nous appelle en haut, le cri de notre famille nous ramène en bas. Moi, je ne veux point m'abandonner à la passion, bien qu'il y ait au fond de mon. coeur un foyer encore bien menaçant parfois. Mes enfants me donneront la force de briser tout ce qui m'éloignerait d'eux ou de la manière d'être qui est la meilleure pour leur éducation, leur santé, leur bien-être, etc.. Ainsi je ne puis pas me fixer à Paris à cause de la maladie de Maurice, etc. etc.. Puis il y a un être excellent, parfait, sous le rapport du coeur et de l'honneur que je ne quitterai jamais, parce que c'est le seul homme, qui, étant avec moi depuis près d'un an, ne m'ait pas une seule fois, une seule minute, fait souffrir par sa faute. C'est aussi le seul homme qui se soit donné entièrement et absolument à moi, sans regret pour le passé, sans réserve pour l'avenir. Puis, c'est une si bonne et si sage nature, que je ne puisse l'amener avec le temps à tout comprendre, à tout savoir; c'est une cire malléable sur laquelle j'ai posé mon sceau et quand je voudrai en changer l'empreinte, avec quelque précaution et quelque patience, j'y réussirai. Mais aujourd'hui cela ne se pourrait pas, et son bonheur m'est sacré. Voilà donc pour moi: engagée comme je le suis, enchaînée d'assez près pour des années, je ne puis désirer que notre petit rompe de son côté les chaînes qui le lient. S'il venait mettre son existence entre mes mains, je serais bien effrayée, car en ayant accepté une autre, je ne pourrais lui tenir lieu de ce qu'il aurait quitté pour moi. Je crois que notre amour ne peut durer que dans des conditions où il est né, c'est-à-dire que de temps en temps, quand un bon vent nous ramènera l'un vers l'autre, nous irons encore faire une course dans les étoiles et puis nous nous quitterons pour marcher à terre, car nous sommes des enfants de la terre et Dieu n'a pas permis que nous y accomplissions notre pèlerinage côte à côte. C'est dans le ciel que nous devons nous rencontrer, et les instants rapides que nous y passerons seront si beaux, qu'ils vaudront toute une vie passée ici bas. Mon devoir est donc tout tracé. Mais je puis, sans jamais l'abjurer, l'accomplir de deux manières différentes: l'une serait de me tenir le plus éloignée possible de Cfhopin], de ne point chercher à occuper sa pensée, de ne jamais me retrouver seule avec lui; l'autre serait au contraire de m'en rapprocher autant que possible, sans compromettre la sécurité de Mfallefille], de me rappeler doucement à lui dans ses heures de repos et de béatitude, de le serrer chastement dans mes bras quelquefois, quand le vent céleste voudra bien nous enlever et nous promener dans les airs. La première manière sera celle que j'adopterai si vous me dites que la personne est faite pour lui donner un bonheur pur et vrai, pour l'entourer de soins, pour arranger, régulariser et calmer sa vie, si enfin il s'agit pour lui d'être heureux par elle et que j'y sois un empêchement; si son âme excessivement, et peut-être follement, peut-être sagement scrupuleuse, se refuse à aimer deux êtres différents, de deux manières différentes; si les huit jours que je passerais avec lui dans une saison doivent l'empêcher d'être heureux dans son intérieur le reste de l'année; alors, oui, alors, je vous jure je travaillerai à me faire oublier de lui. La seconde manière, je la prendrai si vous me dites de deux choses l'une: ou que son bonheur demestique peut et doit s'arranger avec quelques heures de passàom chaste et de douce poésie, ou que le bonheur domestique lui est impossible; et que le mariage ou quelque union qui y ressemblât serait le tombeau de cette âme d'artiste; qu'il faut donc l'en éloigner à tout prix et l'aider même à vaincre ses scrupules religieux. C'est un peu là — je dirai où — que mes conjectures aboutissent. Vous me direz si je me trompe; je crois la personne est charmante, digne de tout amour, et de tout respect, parce qu'un être comme lui ne peut aimer que le pur et le beau. Mais je crois que vous redoutez pour lui le mariage, le lien de tous les jours, la vie réelle, les affaires, les soins domestiques, tout ce qui, en un mot, semble éloigné de sa nature et contraire aux inspirations de sa muse. Je le craindrais aussi pour lui; mais à cet égard, je ne puis rien affirmer et rien prononcer, parce qu'il y a bien des rapports sous lesquels il m'est absolument inconnu. Je n'ai vu que la face de son être qui est éclairé par le soleil. Vous fixerez donc mes idées sur ce point. Il est de la plus haute importance que je sache bien sa position, afin d'établir la mienne. Pour mon goût, j'avais arrangé notre poème dans ce sens que je ne saurais rien, absolument rien de sa vie positive, ni lui de la mienne, qu'il suivrait toutes ses idées religieuses, mondaines, poétiques, artistiques, sans que j'eusse jamais à lui en demander compte et réciproquement, mais que partout, en quelque lieu et à quelque moment de notre vie que nous vinssions à nous rencontrer, notre âme serait à son apogée de bonheur et d'excellence. Car, je n'en doute pas, on est meilleur quand on aime d'un amour sublime, et loin de commettre un crime, on s'approche de Dieu, source et foyer de cet amour. C'est peut-être là, en dernier ressort, ce que vous devriez tâcher de lui faire bien comiprendre, mon ami, et en ne contrariant pas ses idées de devoir, de dévouement et de sacrifice religieux, vous mettriez puet-être son coeur plus à l'aise. Ce que je craindrais le plus au monde, ce qui me ferait le plus de peine, ce qui me déciderait même à me faire morte p o u r lui, ce serait de me voir devenir une épouvante et un remords dans son âme; non, je ne puis (à moins qu'elle ne soit funeste pour lui en dehors de mod) me mettre à combattre l'image et le souvenir d'une autre. Je respecte trop la propriété pour cela, ou plutôt c'est la seule propriété que je respecte. Je ne veux voler personne à personne, excepté les captifs aux geôliers et les victimes aux bourreaux, et la Pologne à la Russie, par conséquent. Dites-moi si c'est une Russie dont l'image poursuit notre enfant; alors je demanderai au ciel de me prêter toutes les séductions d'Armide pour l'empêcher de s'y jeter, mais si c'est une Pologne, laissez-le faire. Il n'y a rien de tel qu'une patrie, et quand on en a une, il ne faut pas s'en faire une autre. Dans ce cas, je serai pour lui comme une Italie; qu'on va voir, où l'on se plaît aux jours du printemps, mais où l'on ne reste pas, parce qu'il y a plus de soleil que de lits et de tables et que le confortable de la vie est ailleurs. Pauvre Italie! Tout le monde y songe, la désire ou la regrette; personne n'y peut demeurer, parce qu'elle est malheureuse et ne saurait donner le bonheur qu'elle n'a pas. Il y a une dernière supposition qu'il est bon que je vous dise. Il serait possible qu'il n'aimât plus du tout l'amie d'enfance, et qu'il eût une répugnance réelle pour un lien à contracter, mais que le sentiment du devoir, l'honneur d'une famille, que sais-je? lui commandassent un rigoureux sacrifice de lui-même. Dans ce cas-là, mon ami, soyez son bon ange; moi, je ne puis guère m'en mêler; mais vous le devez; sauvez-le des arrêts trop sévères de sa conscience, sauvez-le de sa propre vertu, empêchez-le à tout prix de s'immoler, car dans ces sortes de choses (s'il s'agit d'un mariage ou de ces unions qui, sans avoir la même publicité, ont la même force d'engagement et la même durée), dans ces sortes de choses, dis-je, le sacrifice de celui qui donne son avenir n'est pas en raison de ce qu'il a reçu dans le passé. Le passé est une chose appréciable et limitée; l'avenir, c'est l'infini, parce que c'est l'inconnu. L'être qui, en retour d'une certaine somme connue de dévouement, exige le dévouement de toute une vie future, demande une chose unique, et si celui à qui on le demande est bien embarrassé pour défendre ses droits en satisfaisant à la générosité et à l'équité c'est à l'amitié qu'il appartient de le sauver et d'être juge absolu de ses droits et de ses devoirs. Soyez ferme à cet égard, et soyez sûr que moi qui déteste les séducteurs, moi qui prends toujours parti pour les femmes outragées ou trompées, moi qu'on croit l'avocat de mon sexe et qui me pique de l'être, quand il faut, j'ai cependant rompu de mon autorité de soeur et de mère et d'amie plus d'un engagement de ce genre. J'ai toujours condamné la femme quand elle voulait être heureuse au prix du bonheur de l'homme; j'ai toujours absous l'homme quand on lui demandait plus qu'il n'est donné à la liberté et la dignité humaine d'engager. Un serment d'amour et de fidélité est un crime ou une lâcheté, quand la bouche prononce ce que le coeur désavoue, et on peut tout exiger d'un homme, excepté une lâcheté ou un crime. Hors ce cas-là, mon ami, c'est-à-dire hors le cas où il voudrait accomplir un sacrifice trop rude, je pense qu'il faut ne pas combattre ses idées, et ne pas violenter ses instincts. Si son coeur peut, comme le mien, contenir deux amours différents, l'un qui est pour ainsi dire le corps de la vie, l'autre qui en sera l'âme, ce sera le mieux, parce que notre situation sera à l'avenant de nos sentiments et de nos pensées. De même qu'on n'est pas tous les jours sublime, on n'est pas tous les jours heureux. Nous ne nous verrons pas tous les jours, nous ne posséderons pas tous les jours le feu sacré, mais il y aura de beaux jours et de saintes flammes. Il faudrait peut-être aussi songer à lui dire ma position à l'égard de M[allefille]. Il est à craindre que, ne la connaissant pas, il ne se crée à mon égard une sorte de devoir qui le gêne et vienne à combattre l'autre douloureusement. Je vous laisse absolument le maître et l'arbitre de cette confidence; vous la ferez si vous jugez le moment opportun, vous la retarderez si vous croyez qu'elle ajouterai à de souffrances trop fraîches. Peut-être l'avez vous déjà faite. Tout ce que vous avez fait ou vous ferez, je l'approuve et le confirme. Quant à la question de possession ou de non-possession, cela me paraît une question secondaire à celle qui nous occupe maintenant. C'est pourtant une question importante par elle-même, c'est toute la vie d'une femme, c'est son secret le plus cher, sa théorie la plus étudiée, sa coquetterie la plus mystérieuse. Moi, je vous dirai tout simplement, à vous, mon frère et mon ami, ce grand mystère sur lequel tous ceux qui prononcent mon nom font de si étranges commentaires. C'est que je n'ai là-dessus ni secret, ni théorie, ni doctrines, ni opinion arrêtée, ni parti pris, ni prétention de puissance, ni singerie de spiritualisme, rien enfin d'arrangé d'avance et pas d'habitude prise, et je crois, pas de faux principes, soit de licence, soit de retenue. Je me suis beaucoup fiée à mes instincts qui ont toujours été nobles; je me suis quelquefois trompée sur les personnes, mais jamais sur moi-même. J'ai beaucoup de bêtises à me reprocher, pas de platitudes ni de méchancetés. J'entends dire beaucoup de choses sur les questions de morale humaine, de pudeur et de vertu sociale. Tout cela n'est pas encore clair pour moi. Aussi n'ai-je jamais conclu à rien. Je ne suis pourtant pas insouciante là-dessus; je vous confesse que le désir d'accorder une théorie quelconque avec mes sentiments a été la grande affaire et la grande douleur de ma vie. Les sentiments ont toujours été plus forts que les raisonnements et les bornes que j'ai voulu me poser ne m'ont jamais servi à-rien. J'ai changé vingt fois d'idée. J'ai cru par-dessus tout à la fidélité, je l'ai prêchée, je l'ai pratiquée, je l'ai exigée. On y a manqué et moi aussi. Et pourtant je n'ai pas senti le remords, parce que j'avais toujours subi dans mes infidélités une sorte de fatalité, un instinct de l'idéal, qui me poussait à quitter l'imparfait pour ce qui me semblait se rapprocher du parfait. J'ai connu plusieurs sortes d'amour: amour d'artiste, amo de femme, amour de soeur, amour de mère, amour de religieuse, amour de poète, que sais-je? Il y en a qui sont nés et morts en moi le même jour, sans s'être révélés à l'objet qui les inspirait. Il y en a qui ont martyrisé ma vie et qui m'ont poussée au désespoir, presque à la folie. Il y en a qui m'ont tenue cloîtrée durant des années dans un spiritualisme excessif. Tout cela a été parfaitement sincère. Mon être entrait dans ces phases diverses comme le soleil, disait Sainte-Beuve, entre dans les signes du Zodiaque. A qui m'aurait suivie en voyant la superficie, j'aurais semblé folle ou hypocrite; à qui m'aurait suivie, en lisant au fond de moi, j'ai semblé ce que je suis en effet, enthousiaste du beau, affamée du vrai, très sensible de cœur, très faible de jugement, souvent absurde, toujours de bonne foi, jamais petite ni vindicative, assez colère et grâce à Dieu parfaitement oublieuse des mauvaises choses et des mauvais gens. Voilà ma vie, cher ami, vous voyez qu'elle n'est pas fameuse. Il n'y a rien à admirer, beaucoup à plaindre, rien à condamner par les bons coeurs. J'en suis sûre, ceux qui m'accusent d'avoir été mauvaise en ont menti, et il me serait bien facile de le prouver, si je voulais me donner la peine de me souvenir et de raconter; mais cela m'ennuie et je n'ai plus de mémoire que de rancune. Jusqu'ici, j'ai été fidèle à ce que j'ai aimé, parfaitement fidèle en ce sens que je n'ai jamais trompé personne, et que je n'ai jamais cessé d'être fidèle sans de très fortes raisons, qui avaient tué l'amour en moi par la faute d'autrui. Je ne suis pas d'une nature inconstante. Je suis au contraire si habituée à aimer exclusivement qui m'aime bien, si peu facile à m'enflammer, si habituée à vivre avec des hommes sans songer que je suis femme, que vraiment j'ai été un peu confuse et un peu consternée de l'effet que m'a produit ce petit être. Je ne suis pas encore revenue de mon étonnement et si j'avais beaucoup d'orgueil, je serais très humiliée d'être tombée en plein dans l'infidélité de coeur, au moment de ma vie où je me croyais à tout jamais calme et fixée. Je crois que ce serait mal si j'avais pu prévoir, raisonner et combattre cette irruption; mais j'ai été envahie tout à coup et il n'est pas dans ma nature de gouverner mon être par la raison quand l'amour .s'en empare. Je ne me fais donc pas de reproche, mais je constate que je suis encore très impressionnable et plus faible que je ne croyais. Peu m'importe, je n'ai guère de vanité; ceci me prouve que je dois n'en avoir pas du tout et ne jamais me venter de rien, en fait de vaillance et de force. Cela ne m'attriste que parce que voilà ma belle sincérité, que j'avais pratiquée si longtemps et dont j'étais un peu fière, entamée et compromise. Je vais être forcée de mentir comme les autres. Je vous assure que ceci est plus mortifiant pour mon amour-propre qu'un mauvais roman ou une pièce sifflée; j'en souffre un peu; cette souffrance est un reste d'orgueil peut-être; peut-être est-ce une voix d'en haut qui me crie qu'il fallait veiller d'avantage à la garde de mes yeux et de mes oreilles, et de mon coeur surtout. Mais si le ciel nous veut fidèles aux affections terrestres, pourquoi laisse-t-il quelquefois les anges s'égarer parmi nous et se présenter sur notre chemin? La grande question de l'amour est donc encore soulevée en moi! Pas d'amour sans fidélité, disais-je il y a deux mois, et il est bien certain, hélas! que je n'ai plus senti la même tendresse pour ce pauvre M[allefille] en le retrouvant. Il est certain que depuis qu'il est retourné à Paris (vous devez l'avoir vu), au lieu d'attendre son retour avec impatience et d'être triste loin de lui, je souffre moins et respire plus à l'aise. Si je croyais que la vue fréquente de C[hopin] dût augmenter ce refroidissement, je sens qu'il y aurait pour moi devoir à m'en abstenir. Voilà où je voulais venir: c'est à vous parler de cette question de possession, qui constitue dans certains esprits toute la question de fidélité. Ceci est, je crois, une idée fausse; on peut être plus ou moins infidèle, mais quand on a laissé envahir son âme et accordé la plus simple caresse, avec le sentiment de l'amour, l'infidélité est déjà consommée, et le reste est moins grave; car qui a perdu le coeur a tout perdu. Il vaudrait mieux perdre le corps et garder l'âme tout entière. Ainsi, en principe, je crois qu'une consécration complète du nouveau lien n'aggrave pas beaucoup la faute, mais, en fait, il est possible que l'attachement devienne plus humain, plus violent, plus dominant, après la possession. C'est même probable, c'est même certain, Voilà pourquoi, quand on veut vivre ensemble, il ne faut pas faire outrage à la nature et à la vérité, en reculant devant une union complète; mais quand on est forcé de vivre séparés, sans doute il est de la prudence, par conséquent il est du devoir et de la vraie vertu (qui est le sacrifice) de s'abstenir. Je n'avais pas encore réfléchi à cela sérieusement et, s'il l'eût demandé à Paris j'aurais cédé, par suite de cette droiture naturelle qui me fait haïr les précautions, les restrictions, les distinctions fausses et les subtilités, de quelque genre qu'elles soient. Mais votre lettre me fait penser à couler à fond cette résolution-là. Puis, ce que j'ai éprouvé de trouble et de tristesse en retrouvant les caresses de M., ce qu'il m'a fallu de courage pour le cacher, m'est aussi un avertissement. Je suivrai donc votre conseil, cher ami. Puisse ce sacrifice être une sorte d'expiation de l'espèce de parjure que j'ai commis. Je dis sacrifice, parce qu'il me sera pénible de voir souffrir cet ange. Il a eu jusqu'ici beaucoup de force; mais je ne suis pas un enfant. Je voyais bien que la passion humaine faisait en lui des progrès rapides et qu'il était temps de nous séparer. Voilà pourquoi, la nuit qui a précédé mon départ, je n'ai pas voulu rester avec lui et que je vous ai presque renvoyés. Et puisque je vous dis tout, je veux vous dire qu'une seule chose en lui m'a déplu: c'est qu'il avait eu lui-même de mauvaises raisons pour s'abstenir. Jusque-là, je trouvais beau qu'il s'abstint par respect pour moi, par timidité, même par fidélité pour une autre. Tout cela était du sacrifice et par conséquent de la force et de la chasteté bien entendues. C'était là ce qui me charmait et me séduisait le plus en lui. Mais chez vous, au moment de nous quitter, et comme il voulait surmonter une dernière tentation, il m'a dit deux ou trois paroles qui n'ont pas répondu à mes idées. Il me semble faire fi, à la manière des dévots, des grossièretés humaines et rougir des tentations qu'il avait eues, et craindre souiller notre amour par un transport de plus. Cette manière d'envisager le dernier embràssement de l'amour m'a toujours répugné. Si ce dernier embràssement n'est pas une chose aussi sainte, aussi pure, aussi dévouée que le reste, il n'y a pas de vertu à s'en abstenir. Ce mot d'amour physique dont on se sert pour exprimer ce qui n'a de nom que dans le ciel, me d é p 1 a i t et me choque, comme une impiété et comme une idée fausse en même temps. Est-ce qu'il peut y avoir, pour les natures élevées, un amour purement physique et, pour les natures sincères, un amour purement intellectuel? Est-ce qu'il y a jamais d'amour sans un seul baiser et un baiser d'amour sans volupté? Mépriser la chair ne peut être sage et utile qu'avec les êtres qui ne sont que chair; mais avec ce qu'on aime, ce n'est pas du mot mépriser, mais du mot respecter, qu'il faut se servir quand on s'abstient. Au reste, ce ne sont pas là les mots dont il s'est servi. Je ne me les rappelle pas bien. Il a dit, je crois, que certains faits pouvaient gâter le souvenir. N'est-ce pas, c'est une bêtise qu'il a dite, et il ne le pense pas? Quelle est donc la malheureuse femme qui lui a laissé de l'amour physique de pareilles impressions? Il a donc eu une maîtresse indigne de lui? Pauvre ange! Il faudrait pendre toutes les femmes qui avilissent aux yeux des hommes la chose la plus respectable et La plus sainte de la création, le mystère divin, l'acte de la vie le plus sérieux et le plus sublime dans la vie universelle. L'aimant embrasse le fer, les animaux s'attachent les uns aux autres par la différence des sexes. Les végétaux obéissent à l'amour, et l'homme qui seul sur ce monde terrestre a reçu de Dieu le don de sentir divinement ce que les animaux, les plantes et les métaux sentent matériellement, l'homme chez qui l'attraction électrique se transforme en une attraction sentie, comprise, intelligente, l'homme seul regarde ce miracle qui s'accomplit simultanément dans son âme et dans son corps, comme une misérable nécessité, et il en parle avec mépris, avec ironie ou avec honte! Cela est bien étrange. Il est résulté de cette manière de séparer l'esprit de la chair qu'il a fallu des couvents et des mauvais lieux. Voici une lettre effrayante. Il vous faudra six semaines pour la déchiffrer. C'est mon ultimatum. S'il est heureux ou doit être heureux par elle, laissez-le faire. S'il doit être malheureux, empêchez-le. S'il peut être heureux par moi, sans cesser de l'être par elle, moi je puis faire de même de mon côté. S'il ne peut être heureux par moi sans être malheureux avec elle, il faut que nous nous évitions et qu'il m'oublie. Il n'y a pas à sortir de ces quatre points. Je serai forte pour cela, je vous le promets, car il s'agit de lui, et si je n'ai pas grande vertu pour moi-même, j'ai grand dévouement pour ce que j'aime. Vous me direz nettement la vérité; j'y compte et je l'attends. Il est absolument inutile que vous m'écriviez une lettre ostensible. Nous n'en sommes pas là, M. et moi. Nous nous respectons trop pour nous demander compte, même par la pensée, des détails de notre vie. Il est impossible que Mme Dorval ait les raisons que vous lui supposez. Elle est plutôt légitimiste (si elle a une opinion) que républicaine. Son mari est carliste. Vous aurez été chez elle aux heures de ses répétitions ou de son travail. Une actrice est difficile à joindre. Laissez faire, je lui écrirai et elle vous écrira. Il a été question pour moi d'aller à Paris, et il n'est pas encore impossible que mes affaires, dont M. s'occupe maintenant, venant à se prolonger, j'aille le rejoindre. N'en dites rien au petit. Si j'y vais, je vous avertirai et nous lui ferons une surprise. Dans tous les cas, comme il vous faut du temps pour obtenir la liberté de vous déplacer, commencez vos démarches, car je vous veux à Nohant cet été, le plus tôt et le plus longtemps possible. Vous verrez que vous y plairez; il n'y a pas un mot de ce que vous craignez. Il n'y a pas d'espionnage, pas de propos, il n'y a pas de province; c'est une oasis dans le désert. Il n'y a pas une âme dans le département qui sache ce que c'est qu'un Chopin ou un Grzymala. Nul ne sait ce qui se passe chez moi. Je ne vois que des amis intimes, des anges comme vous, qui n'ont jamais eu une mauvaise pensée sur ce qu'ils aiment. Vous viendrez, mon cher bon, nous causerons à l'aise et votre âme abattue se régénérera à la campagne. Quant au petit, il viendra s'il veut; mais, dans ce cas-là, je voudrais être avertie d'avance, parce que j'enverrai M. soit à Paris, soit à Genève." Les prétextes ne manqueront pas et les soupçons ne lui viendront jamais. Si le petit ne veut pas venir, laissez^le à ses idées; il craint le monde, il craint je ne sais quoi. Je respecte chez les êtres que je chéris tout ce que je ne comprends pas. Moi, j'irai à Paris en septembre avant le grand départ. Je me conduirai avec lui selon ce que vous allez me répondre. Si vous n'avez pas la solution des problèmes que je vous pose, tâchez de la tirer de lui, fouillez dans son âme, il faut que je sache ce qui s'y passe. Mais maintenant vous me connaissez à fond. Voici une lettre comme je n'en écris pas deux en dix ans. Je suis si paresseuse et je déteste tant à parler de moi. Mais ceci m'évitera d'en parler davantage. Vous me savez par coeur maintenant et vous pouvez tirer à vue sur moi quand vous réglerez les comptes de la Trinité. A vous, cher bon, à vous de toute mon âme, si je ne vous ai pas parlé de vous en apparence dans toute cette longue causerie, c'est qu'il m'a semblé que je parlais de moi à un autre moi, le meilleur et le plus cher des deux, à coup sûr. George Sand.
Sender Addressee