Chopin's letters Chopin's letters

Do Rodziny w Warszawie

Paryż, piątek 12 Decembra [skończony 26 grudnia 1845]

Sender: Fryderyk Chopin (Paryż)

Addressee: Chopin Justyna (Warszawa)


Paryż, piątek 12  D e c e m b r a

[skończony 26 grudnia 1845]

Moi najukochańsi.

Odebrałem list Wasz ostatni, w którym mi piszecie, żeście zdrowi, wyjąwszy Barteczka, który jednakże daleko lepiej; że Mameczka znosi dosyć dobrze zimową porę. Tutaj jeszcze nie bardzo zimno, czarno i wilgotno. P. S. od wtorku z synem i córką wróciła, a ja dziś dwa tygodnie, jak tu już jestem. Zwykle, jak sobie przypominacie, wcześniej sam wracam, a tego roku tym bardziej, że musiałem Jana* odprawić, innego znaleźć służącego. [Na górze stronicy przypisek Chopina do gwiazdki:] Już od roku co miesiąc chciał odchodzić protestując zawsze i płacząc, że mię bardzo  k o c h a, i nigdy byłbym go nie odprawił, ale niecierpliwił już innych - dzieci się z niego za bardzo wyśmiewali, więc nie mogłem go dłużej trzymać dla siebie samego. Do ostatka myślał, że Zuzannę odprawią. Mimo to co dzień dziękował. [Dalszy ciąg listu:] Dla mnie to wielkie afery - bo trzeba coś bardzo poczciwego, ale mój przyjaciel Albrecht znalazł mi Francuza, Piotra - bardzo porządnego, zgrabnego i spodziewam się, wiernego człowieka, który 7 lat służył u rodziców mojego Walca Es-dur (u P-stwa Horsford). Czysty bardzo, trochę wolny, ale mnie nie niecierpliwi jeszcze. Ludwikę, która zna Nohant, może zainteresuje, że  L u c e, owa dziewczynka, córka Françoisy, jest tutaj prócz Zuzanny ze swoją panią - a raczej z Solange. A propos tego wszystkiego, o co mi się Ludwika w liście pyta, w s z y s t k o  nieprawda i bez  ż a d n e g o  podobieństwa do niczego. LR w doskonałym zdrowiu, dzieci miał słabe na odrę - a Maurice miał jechać za kilka dni, ale dla złej pory nie pojedzie, do ojca, który się przez całe lato z dóbr swoich z Gaskonii nie ruszył. [W dopisku:] Nie wierzcie nigdy złym pogłoskom, bo dużo ludzi na świecie, którzy szczęścia widzieć nie mogą spokojnie. [Dalszy ciąg listu:] Przed przyjazdem tutaj, po moim wyjeździe z Nohant, była P. S. w Chenonceaux koło Tours u swoich kuzynów de Villeneuve. Chenonceaux jest zamek bardzo w całej Francji znany. Zbudowany za czasów Franciszka pierwszego przez sławnego  t r a i t a n t a[1] (bankiera ówczesnego) Thomas Boyer, który go bardzo długo budował. Budowany w środku rzeki  C h e r. W arkadach, na których stoi zamek, są ogromne kuchnie, więc możecie sobie wystawić, co za gmach. Franciszek pierwszy wydziedziczywszy z niego owego bankiera mieszkał w nim - i mnóstwo zabytków z jego czasów. Później Catherine de Médicis wciąż tam mieszkała (w Hugenotach tutaj w drugim akcie jest dekoracja z tego zamku - zdaje mi się, że Lud. widziała); także żona naszego Walezjusza tam swoje wdówstwo przepędziła. Wszystkie apartamenta zachowanego [!] z meblami z owych czasów - czego utrzymanie zapewne krocie rocznie kosztuje. Za Ludw. piętnastego czy też za Regencji jeszcze dostało się to po  V e n d ô m a c h  Panu Dupin (de Franceuil), u którego to sekretarzem był Rousseau. Ten P. Dupin to dziadek p. S., ów, którego portret nad kominkiem w dużym pokoju na dole, obok jadalnego, w Nohant. Pani Dupin, pierwsza jego żona, sławna była z rozumu i piękności - i za jej czasów w Chenonceaux wszystko, co przeszły wiek miał głów, tam przebywało: i Voltaire, i Mably, itd., itd. Montesquiego także wiele jest manuskryptów. Rousseau w swoich Confessions pisze o p. Dupin. Są tam (w Chenonceaux) kufry korespondencji jego z nią, bardzo ciekawe, ale pewno nigdy nie będą wydane. P. S. wynalazła kilka manuskryptów pani Dupin, podobno bardzo interesownych, szczególniej pięknie pisanych. Tam także pierwszy raz na teatrze zamkowym opera Roussego była grana (Le Devin de village), z której uwerturę, jak mówią, zrobił pan Franceuil. Zapewne wiecie, że Rousseau zrobił poème i muzykę, która wielki sukces miała temu z 70 lat. Z tej opery niektóre rzeczy się przyjęły, i we Francji dosyć je znają. Pisałem Wam o Chenonceaux, teraz o Paryżu. Otóż Gavary ślicznie się Ludw. i Jędrz[ejewiczowi] kłaniają (on jej posyła Massiliona swojego kroju) i Franchommy. Byłem tam i tam na obiedzie przed przyjazdem p. S. i o Was dużośmy wspominali. Już zaczynam mój młyn. Dziś tylko jedną dałem lekcję, pani Rothschild, a dwie odprosiłem, bom miał co innego do roboty. Moje nowe Mazurki wyszły w Berlinie u Sterna, więc nie wiem, czy do Was dojdą; Wy, co zwykle w Warszawie z Lipska macie muzykę. Nikomu nie są przypisane. Teraz chciałbym skończyć Sonatę z wiolonczelą, Barkarolę i coś jeszcze, co nie wiem, jak nazwę, ale wątpię, żebym miał czas, bo już się rwetes zaczyna. Mnóstwo mam pytań, czy koncertu nie dam - ale wątpię. Liszt przyjechał z prowincji, gdzie dawał koncerta, zastałem dziś jego kartę w domu. Meyerbeer jest tu także. Miałem być dziś na wieczorze u Leona, żeby go tam widzieć, ale idziemy na operę, na nowy balet (nowy dla p. S.) Le diable à quatre, w którym kostiumy nasze. - To i po balecie piszę do Was rano w sobotę. Na operze nic się nie zmieniło; tak jest, jak za Waszej bytności. Jeszcześmy nic nie widzieli prócz tego; ani Włochów, gdzie dają Verdiego muzykę, ani pani Dorval w nowym dramacie Marie Jeanne, który ma być jedną z lepszych ról jej. - Dziś 17 grudnia. Przerwałem list i nie mogłem zasiąść przed dzisiaj do niego. Tutaj bardzo dziś ciemno i brzydko. Pierwsza reprezentacja dziś ma być na Wielkiej Operze opery Balfe, tego, co to Les quatre fils Aymon zrobił (zdaje mi się, żeśmy je razem na Operze komicznej widzieli). Tytuł dzisiejszy jest L'Etoile de Seville. [W dopisku:] Cyd, ale nie Cornela, tylko podług Calderona. [Dalszy ciąg listu:] Poemat pana Hypolyte Lucas (nietęgi pisarz, felietonista). Niewiele się spodziewają. Balfe jest Anglik, co był we Włoszech, a przejechał przez Francję. - Jutro u Włochów Gemma di Vergi. Ale wczoraj byliśmy wszyscy i Luce na teatrze de la Porte St. Martin, gdzie grano nowy dramat pana Dennery (nie bardzo tęgi), w którym pani Dorval nadzwyczajnie gra. Tytuł Marie Jeanne. Jest to dziewczyna z ludu, która idzie za rzemieślnika, który ją w nędzy z synkiem małym zostawia przez swoje złe prowadzenie, a ona dla uratowania od śmierci dziecka, któremu nie ma co dać jeść, zanosi niemowlę z rozpaczy aux enfants trouvés[2]. Scena nadzwyczajnie oddana. Wszyscy beczą; tylko słychać ucieranie nosów w sali. Od młodości swojej pani Dorval nie miała podobnej roli, to jest od roli Dziesięć lat życia jouera.

Niedziela, 21 grudnia

Od tego czasu, com wyższy ten wiersz pisał, byłem na operze Balfego; wcale niedobra. Śpiewają, jak można najlepiej, a aż mi przykro było, że takie resursa gaspiliowane[3], gdy tymczasem Meyerbeer (który cicho w loży siedział i czytał libretto słuchając) ma dwie opery kompletnie gotowe: Le Prophète et L'Africaine. Obie w 5-ciu aktach, ale nie chce on ich dać operze bez nowej śpiewaczki, a pani Stolz, która rządzi dyrektorem, żadnej lepszej od siebie nie dopuści. Dekoracje piękne, kostiumy bardzo bogate. Posłałem przez Glücksberga dwa tomy: Stary i Nowy Testament z angielskimi sztychami dla Ludwiki i Izabeli. Sztychy te bardzo tutaj za piękne uchodziły; są obrazy najsławniejszych mistrzów starej i nowej szkoły: Rafaela, Rubensa, Poussin. Wiele z tych obrazów jest tutaj w Luwrze, może Ludwika sobie przypomni. Antoniemu, który nie ma dzieci, posłałem mały tom Gavarniego rysunków des enfants terribles[4] itd., żeby się uśmiał i sobie tutejszy lekki, głupi dowcip przypomniał. Kalasantemu przysłowia rysunków Grandvilla. Grandville pierwszy w tym rodzaju zaczął karierę, a nikt lepiej jak Gavarni nie pojął tego. Zapewne widzieliście Grandvillowego Lafontaina.

24 grudnia

Widzicie, czy można mieć głowę na karku przed Nowym Rokiem tutaj. Dzwonek nie przestaje chałasować [!] u drzwi. Dziś tutaj wszyscy w domu zakatarzeni. - Że ja kaszlę nieznośnie, to nic dziwnego, ale Pani Domu tak zakatarzona i gardło ją boli, że musi ze swego pokoju nie wychodzić, co ją mocno niecierpliwi. - Im więcej zdrowia zwykle się ma, tym mniej cierpliwości w cierpieniu fizycznym. Na to nie ma lekarstwa na świecie, nawet rozum na nic się nie zda. - Cały Paryż w tym tygodniu kaszle. Wczoraj w nocy była ogromna tempête[5], grzmoty i łyskawice, grad i śnieg. Sekwana ogromna - zimno niewielkie, ale wilgoć nieznośna. Klengel z Drezna jest tu i pani Niesiołowska. Był u mnie; obiecałem mu być u niej. - Może o tym głośno nie trzeba. - Liszt także był u mnie, rozwodził się nad p. Calergis, a po moich kwestiach widzę, że więcej mówili, jak co było.

Brat Tytusowej był tu; zdrowszy, pojechał do Włoch. Dużo mi o Tytusie mówił, bardzo go pokochałem. - Uściskajcie Tytusa. - Gutmanna zapewneście już widzieli. Laski, którego widziałem na operze, także Wam powiedzieć może, że mnie zdrowego widział. Tutaj nowy rok niedobrze się anonsuje dla złej pogody; kupcy się skarżą, że nie tyle  f l â n e u r ó w[6], ile zwykle. Ja jeszcze nie puściłem się na miasto za moimi sprawunkami. Dla mojej chrzestnej muszę coś znaleźć; a tymczasem mój chrzestny nic nie będzie miał tego roku, ale też dlaczego tak daleko! Rad bym mu kiedy sukcesję jaką tęgą zostawić, ale to jakoś nie bardzo w mojej naturze. Pomyślę kiedy, jak się położę, a spać nie będę mógł. Spróbowałem z Franchommem trochę mojej Sonaty z wiolonczelą, i dobrze. Nie wiem, czy będę miał czas tego roku ją drukować. Wujaszek pani Fryderykowej odwiedził mię w tych czasach. Bardzo godny i kochany, odmłodniał, gra na skrzypcach, jak mi mówi, jak za młodych czasów, i nie kaszle. Czerstwy, miły, dowcipny; prosto, ślicznie się trzyma, peruki nie nosi, tylko piękne swoje siwe włosy, słowem, taki piękny jeszcze, że młodzi teraźniejsi mogą za starych przy nim uchodzić. Méry do mnie dawno bardzo nie pisał, nic o nim nie wiem. Kochane stworzenie słabe. - Dziś Wigilia Bożego Narodzenia, nasza panna gwiazdka. Tutaj tego nie znają. Jak zwykle obiad jedzą o 6-tej, 7-mej albo 8-mej, a tylko niektóre domy zagraniczne zachowują te zwyczaje. - Np. wczoraj pani Stockhausen nie była na obiedzie u Perthuisów (u mojej Sonaty), bo się zatrudniała przyrządzaniem dzisiejszego dnia dla dzieci. Wszystkie domy protestanckie zachowują Wigilię Bożego Narodzenia, ale zwyczajny paryżanin nie czuje różnicy między dziś a wczoraj. Tutaj smutna Wigilia, bo chorzy i doktora żadnego nie chcą; katar nadzwyczaj mocny, położyli się na dobre. Wszyscy Paryż przeklinają dla klimatu, a zapominają, że na wsi w zimie jeszcze gorzej i zima wszędzie zimą. Parę to miesięcy trudnych do przebycia. Ja się często pytam siebie, jakby ludzie niecierpliwi mogli żyć pod niebem jeszcze niegodziwszym jak tutejsze. Czasem za parę godzin słońca dałbym parę lat życia. Tylem ludzi już przeżył mocniejszych i młodszych ode mnie, że myślę, że jestem wieczny. Córka Verneta, a żona Delarocha, co to jego roboty Hémicycle au Palais des Beaux-Arts, umarła parę dni temu. Cały Paryż jej żałuje. Była to bardzo delikatnego rozumu osoba, sama młoda, ładna, choć bardzo chuda. Przyjmowała w swoim domu wszystko, co tylko znakomitego tutaj było; adorowana od wszystkich, mająca szczęście w domu, dostatki i poszanowanie. Ojciec był na czele żałoby i beczał jak wół; był moment, co myślano, że matka zwariuje.

26 grudnia

Wczoraj i dziś tutaj w łóżku leży p. S. na ból gardła. Trochę lepiej. Za parę dni zupełnie zapewne będzie dobrze, ale tymczasem nie mam czasu dłużej do Was pisać. Sol także zakatarzona, ja najmocniejszy.

Ściskam Was najserdeczniej. Nigdy się o mnie nie turbujcie. Pan Bóg na mnie łaskaw. Kocham Was. Życzę Wam dobrego roku i wszystkim znajomym.

F. Ch.

P. S. Ludwikę ściskam. Posyłam bilecik p. de Rozières. Nie mam czasu odczytać, com napisał.


[1] T r a i t a n t - dzierżawca podatków. 


[2] A u x  e n f a n t s  t r o u v é s - do domu dla podrzutków. 


[3] R e s u r s a  g a s p i l i o w a n e (z fr. resources gaspillées) - zmarnowane pieniądze, próżne koszta. 


[4] D e s  e n f a n t s  t e r r i b l e s - dzieci niesfornych. 


[5] T e m p ê t e - burza. 


[6] F l â n e u r - tu: kupujący.

Sender Addressee